sobota, 5 lipca 2014

#Prolog

„Człowiek nocy, ciemności, grozy, graniczności. To wciąż ja.” — Barbara Rosiek

 Pieprzony budzik!  warknęłam zła i zrzuciłam upierdliwe urządzenie na podłogę. Leniwie podniosłam swoje cztery litery z łóżka, po czym wymijając potłuczone szkło, udałam się do łazienki.
Spojrzałam w lustro. Włosy miałam jak po przejściu huraganu, a fioletowe sińce pod oczami nie prezentowały się najlepiej.
 Niech to szlag! Trzeba było nie pić tyle wczoraj!  Po raz kolejny próbowałam przemówić sobie do rozumu.
Z pewnym zażenowaniem westchnęłam i postanowiłam się ogarnąć. Chociaż to był raczej wewnętrzny rozkaz.
Wykonałam poranne czynności, by po chwili już stać w bieliźnie przed szafą. Jak każda normalna kobieta, za jaką się uważałam w tym dość ogłupionym społeczeństwie, miałam problem dotyczący ubioru. Parsknęłam pod nosem. Oj, Temari, tobie to już na łeb padło.
Szybko wyjęłam białą bluzkę i do tego czarny komplet – spódnicę oraz żakiet. Z szuflady wyciągnęłam jeszcze ciemne rajstopy.
Wiecie, ile taka kobieta to musi się nagimnastykować, żeby włożyć to cholerstwo na swoje nogi, tak, aby żadne oczko nie puściło? No szlag mnie trafi!
Po kilku minutach męczarni, stałam już przed lustrem gotowa albo prawie gotowa. Co to za wyjście do pracy bez makijażu? Pędzelek poszedł w ruch, a moja dłoń zgrabnie nim operowała. Jeszcze tylko trochę tuszu, błyszczyku i będzie idealnie. Przynajmniej nie widać skutków wczorajszego chlania.
Zamykając drzwi od swojego mieszkania, przeklęłam głośno pod nosem, prawie zabijając się w nowiusieńkich szpilkach. Oh, coś czuję, że zaliczą niedługo bliskie spotkanie ze śmietnikiem, a ja powrócę do moich kochanych, obdartych już adidasów.
Skierowałam się w stronę auta, aby po chwili siedzieć już w środku. No i gdzie są te cholerne kluczyki, co? Wyrzuciłam całą zawartość torebki na siedzenie pasażera – oto najlepszy sposób, aby cokolwiek w niej znaleźć. Kilka sekund później z uśmiechem na ustach odpalałam swoje srebrne bmw e39.
Po kilkunastu minutach znalazłam się na miejscu. Zamykając drzwi od samochodu, zdałam sobie sprawę, że jakiś ptaszek postanowił zostawić mi mały prezent na szybie.
 Niech to szlag!  mruknęłam pod nosem. A przecież tydzień temu myłam auto!
Usłyszałam przy swoim uchu cichy śmiech, który zaczął grać mi na nerwach.
Opierając się o samochód, stał przy mnie, sam w swojej marnej egzystencji pan Naruto Uzumaki. Tak, pan, służbowo nie byliśmy na ty – przynajmniej tak się mogło wydawać. Blondyn często pozwalał sobie na zbyt wiele. Czemu akurat mnie spotkał taki los, żeby pracować z taką bandą idiotów? Jedynie Shikamaru trzymał jakiś poziom.
 Będziesz miała szczęście, Temari  mruknął, ukazując szereg białych zębów.
— Wal się, Uzumaki – warknęłam.  Ciesz się, że jesteś przyjacielem mojego brata, inaczej już dawno posłałabym cię do grobu.
 Ho! I takie słowa padają z ust pani policjant?  Zrobił typową dla niego głupkowatą minę.
Nie odezwałam się ani słowem, tylko udałam się w stronę budynku. Starałam się nie spóźniać do pracy, uważałam, że punktualność to podstawowa cecha każdego pracownika.
Weszłam do środka i przywitałam się sekretarką, która przebywała w recepcji.
 Witaj, Ino  powiedziałam do blondynki siedzącej za ladą. Nigdy jakoś bardzo za sobą nie przepadałyśmy, ale każda z nas miała swoją godność i znała podstawowe zasady kulturalnego zachowania.
 Witaj, Temari  odparła, aby po chwili wrócić do swoich codziennych obowiązków. Wnętrze komendy było skromne, w poczekalni stało kilka krzeseł, a całość utrzymano w jasnych barwach.
Skierowałam się do swojego gabinetu.

Po kilku godzinach wypełniania niby ważnych dokumentów, znudzona popijałam trzecią kawę z kolei. Zwykle starałam się nie przesadzać z kofeiną, ale dzisiaj nie potrafiłam stanąć na nogach. I jeszcze te niewygodne buty... Nigdy więcej! Moje adidasy od jutra wracają do łask. Nie pozwolę sobie więcej na te godziny męczarni i mało mnie obchodził służbowy wygląd.
Ziewnęłam nazbyt głośno, ale zbytnio się tym nie przejęłam. Towarzyszyły mi tylko cztery, szare ściany.
Nagle zadzwonił mój telefon służbowy, zerknęłam na wyświetlacz i widząc napis „Szef”, pośpiesznie odebrałam.
Rozmowa była krótka i treściwa. Zaraz po rozłączeniu się, pozbierałam rzeczy i wyszłam z gabinetu. Wpadłam do pomieszczenia, gdzie przebywał Shikamaru wraz zresztą pracowników.
 Zbieraj się, Shikamaru! Zbierz resztę i idziemy. Mamy robotę  powiedziałam donośnym głosem, zerkając przelotnie na zebranych.
 Co znowu się stało?  mruknął znudzony, zabierając potrzebne rzeczy.
 Zobaczysz jak dojdziemy na miejsce. Mamy najbliżej, dlatego szef zwrócił się właśnie do nas. Na miejscu już znajduje się reszta ekipy.
Wyszliśmy pospiesznie z budynku, wsiadłam do służbowego samochodu razem z moim partnerem – Kankuro. To właśnie on zachęcił mnie do pracy w policji. Z perspektywy czasu, widziałam, że to fucha idealna dla mnie. Zwłaszcza, że można codziennie uprzykrzać życie takim osobom jak Naruto. Minusem jest to, iż musiałam dzień w dzień oglądać jego twarz. To zdecydowanie wielki minus.
Na miejscu pojawiliśmy się po kilku minutach. Dom znajdował się przy małej uliczce w okolicach przedmieść Osaki. Nie był wielki, ale widać było, że projektant inspirował się nowoczesną architekturą.
Wnętrze domu urządzone skromnie, w stonowanych barwach. Meble były wykonane z jasnego drewna, a ściany wnętrz zostały pomalowane na różne odcienie brązu.
Przywitaliśmy się już z ekipą z innego pobliskiego posterunku, którzy już zdążyli przybyć na miejsce zdarzenia.
 Shikamaru  odezwałam się, widząc leżącą kobietę w salonie. A właściwie, to już martwą kobietę.
Ten tylko skinął głową, założył rękawiczki na dłonie i zajął się swoimi obowiązkami. W końcu praca jako technik, nie była taka łatwa, jak mogłoby się to wydawać.
Kucnęłam przy martwej kobiecie, wcześniej zakładając gumowe rękawiczki  i odgarnęłam jej włosy, aby zobaczyć twarz. Nigdy jej w swoim życiu nie widziałam.
 Kim była?  zapytałam jednego z inspektorów z sąsiedniej komendy, przeszywając go wzrokiem.
— To Sakura Haruno. Miała dwadzieścia trzy lata, mieszkała od dwóch lat sama, gdyż jej matka zmarła. Z tego co nam już wiadomo, nie ma bliskiej rodziny, jedynie jej ciotka mieszka w Tokio.
 A Ty, Shikamaru, masz coś? — podeszłam do mężczyzny.
 No cóż... Zginęła od trzech ciosów nożem, są to rany kłute. Samo w sobie widać, że to na pewno zabójstwo. Co do reszty, jest tylko kilka odcisków palców, ale najpierw musimy oddać to do analizy. Nie ma śladów włamania.
 To znaczy, że ofiara wpuściła zabójcę do mieszkania sama?
 Być może  odpowiedział Shikamaru, zbierając sprzęt.
Wyszłam przed budynek, z zamiarem zapalenia papierosa. A przecież miałam rzucić to cholerstwo. Widać nałogi trzymają się mnie kurczowo, a ja chyba ostatnio mam zbyt słabą wolę, żeby stawić im czoła.
 Jutro jedziemy do Tokio, aby zobaczyć się z jej ciotką.
 Jakie to upierdliwe  mruknął Shikamaru, wyciągając mi z dłoni niezapalonego jeszcze papierosa.
 Sam jesteś upierdliwy  warknęłam, odbierając swoją własność i wyrzucając ją do kosza. No wreszcie! Nałóg zero, Temari jeden. Ciekawe, jak długo będę prowadzić.
 Do jutra  rzuciłam na odchodnym, wsiadając do auta, gdzie czekał już na mnie Kankuro.
Nie usłyszałam słów pożegnania, jednak odprowadził mnie wzrok ciemnych oczu Shikamaru. I to mi wystarczyło.

Od autorki: Strasznie trudno się pisze w narracji kogoś innego niż Sasuke czy Sakury ;___; Dziękuję Okeyli, która sprawdziła rozdział <3 Co ja bym bez Ciebie zrobiła co? 
Szczerze trochę się boję Chusti ;___; Nie bij zbyt mocno dobrze? XD W sumie starałam się z Temari zrobić twardą babkę, ale jednocześnie taką kobiecą. Albo zbyt mało się postarałam, albo przesadziłam. W każdym bądź razie czuję, że będzie ciężko.
Historia będzie liczyć około 12 rozdziałów ;) Myślę, że tyle wystarczy. Po za tym zabrałam się za Szare, więc nie jest źle. Planuje tam te ostatnie rozdziały dłuższe niż zwykle. Tak do końca Szarych zostały jeszcze jakieś 2 rozdziały :) 
No to byłoby na tyle, trzymajcie się! 
Szablon wykonała Sasame Ka z Ministerstwo Szablonów
CREDITS
Art Texture1 Texture2